Przepiękne widoki kosmicznego survival horroru, lecz obdarty z poczucia strachu znanego z jedynki

Horrory to wyjątkowy gatunek nie tylko w filmach, ale również i w grach video. Stworzenie dobrego horroru to już jakiś wyczyn.  A dodanie do tego dobrej warstwy fabularnej, a nawet tematu wzbudzającego refleksje, czy jakieś przesłanie należy do rzadkości. Gdy oprócz skutecznego straszenia, stworzenia grozy, wywołania przytłaczającej atmosfery połączy się te cechy z tymi wyżej wymienionymi wyjdzie z tego wręcz wybitny tytuł. Taki właśnie był pierwszy Dead Space. Tymczasem trzecia odsłona przygód Isaac'a Clarke'a pomimo stosunkowo niskich ocen wśród not recenzentów wywołuję we mnie dość mieszane odczucia.

 

Pierwszy Dead Space okazał się strzałem w dziesiątkę. Nowa marka z gatunku survival horror rozgrywający się w kosmosie niewątpliwie przyniosła zamierzony sukces. Po chwili szybko zaczeły powstawać komiksy wzbogacając to uniwersum. Przy okazji ogrywania pierwszej odsłony cyklu przypomniałem sobie z jakim trudem przedzierałem się przez kolejne ciasne pomieszczenia na statku U.S.S. Ishimura. Wówczas stanowiło prawdziwą próbę swoich sił w walce o przetrwanie, a nieustannie towarzysząca groza co chwila przyprawiała mnie o palpitacje serca. Nie można już tego samego napisać o DS3. Związane jest to z tym, że w ostatnim czasie gatunek horrorów nie wywołuję u mnie tak wielkiego poczucia strachu jak niegdyś robiła to chociażby pierwsza odsłona serii. A kłopot z przestraszaniem mnie nawet o północy przy zgaszonym świetle nie wróży nic dobrego i taka też jest nowa odsłona. Niby ta sama gra, lecz nieco oddaliła się od budowania ciężkiej atmosfery czy poczucia grozy na rzecz większej dynamiki i widowiskowości.

 

Fabularnie trzeci Dead Space wypada słabo. Produkcja po raz kolejny w grach video serwuję opowieść o odkupieniu, miłości oraz ratowaniu ludzkiej cywilizacji i robi to nieporadnie. Sposób w jaki Visceral snuję swoją opowieść jest rozczarowujące i mocno przewidywalne, a sama jej treść atakuję ze wszech miar sztampowością i pompatycznymi scenami rodem z kina klasy B. Nie zabrakło w niej motywu zdrady, wątku miłosnego, rywalizacji samców alfa czy nawet sceny męskiej przyjaźni. Śmiało mogę napisać, że jest to fabularnie najsłabsza część cyklu. Historia w Dead Space 3 nie potrafiła mnie zainteresować ani na moment. Tego samego problemu doświadczyłem w trakcie przechodzenia kampanii w trzecim Crysisie. Te dwie produkcje łączy jedna specyficzna cecha mianowicie - są ze stajni Elektroników i wyszły praktycznie w tym samym okienku wydawniczym, czy to celowy zbieg okoliczności? Jakby na to nie patrzeć, w obu tych przypadkach zostałem w całości zawiedziony jakością linii fabularnej.

 

W wyblakłej warstwie fabularnej tytułu nie pomagają interakcje jakie zachodzą między bohaterami. Są sztuczne i zarazem rażą swoją drętwotą. Mamy zatem głównego bohatera, którego to zastajemy w opłakanym stanie, rozpaczającego nad swoim losem i jego kompanów, którzy wyciągają go z dołka. John Carver oraz Robert Norton, proszą go o pomoc w ratowaniu Ellie. Jednak ich szyki stara się pokrzyżować Danik wraz ze swoją unitologiczną armią. Przywódca unitologów za wszelką cenę stara się zabić Clarke'a, którego uważa jako największe zagrożenie dla jego celu. Relacje jakie zachodzą między Clarkiem a Ellie oraz innymi postaciami nie są czymś co śledzi się z zapartym tchem. Za to dużo ciekawiej na tym tle prezentuję się wątek markerów i nieudolnej próby Danika, który to próbuję coś jeszcze ugrać. Za wszelką cenę chce doprowadzić do poddania się ludzkości i na tym może zaprzestane opisu, nie zdradzając przy tym wszystkiego. Zwieńczenie trylogii to patetyczna wręcz heroiczna walka, która kończy się w efektownym stylu. Nie tego oczekiwałem po Dead Space 3.

 

Talent Visceral objawia się w genialnym budowaniu klimatu przy pomocy obrazu, gry świateł i dźwięków. Po ostatnim kinowym seansie pt ''Grawitacja'' film umywa się do kosmicznych scen z trzeciego DS, który mnie na tym polu mocno zaskoczył. Zwłaszcza sekwencjami rozgrywającymi się na orbicie planety, które niszczą klimatem zarówno filmy oraz wszystko co dotychczas widziałem w grach komputerowych. Oprawa wizualna momentami wręcz wgniata w fotel, zwłaszcza bardzo klimatycznymi scenami rozgrywającymi się w kosmosie czy nawet podróżą w czasie zamieci śnieżniej na mroźnej planecie Tau Volantis. Mimo tych licznych  zachwytów z mojej strony, wizualnie gra Visceral to tytuł strasznie nierówny. Z jednej strony wyżej wymienione rzeczy są świetnie. W drugim pejoratywnym już obliczu gra atakuję z każdej strony koszmarną jakością tekstur.

 

Nie da się ukryć, że tekstury w wielu miejscach są odrażające zwłaszcza przy dużym zbliżeniu, ale wypracowanie tak pięknej scenografii kosmicznej epopei to nie lada łatwe zadanie, ekipie z Visceral udało się to perfekcyjnie. Świetnym ruchem ze strony twórców gry jest wprowadzenie czegoś innego niż tylko kolejne przedzieranie się przez klaustrofobiczne korytarze statków. I o to dane było mi wędrować  po zaśnieżonej Tau Volantis. Wobec tego teraz ciężko narzekać na monotonię otoczenia. ''Nie ma róży bez kolców'' a tym co negatywnie mnie nastawiło do tej gry jest irracjonalne krążenie po tych samych lokacjach. Ja rozumiem wprowadzenie czegoś innego, ale czemu jestem zmuszony odwiedzać te same miejsca w grze? To jest już sporym przegięciem tym bardziej dużą wadą. Nie raz już po prostu miałem dosyć powracania do już wcześniejszych oraz znajomych pomieszczeń tylko w celu zleconej przez kogoś zachcianki. ''Zrób, przynieś i pozamiataj'' -  to jest ten kolec, który wbił się we mnie dość głęboko w świadomości, że to co dobre w innym aspekcie pogrzebał zły duch tej gry.

 

Natomiast co się tyczy zaś samej warstwy dźwiękowej - ta świetnie oddaję i równocześnie potęguje ciężki klimat sci-fi. Tak jak poprzednio tak i tutaj to udźwwiękowienie odgrywa kluczową rolę tworząc przytłaczającą atmosferę, klimat grozy i udaję się jej to skutecznie osiągnąć. Do tego jednak mile widziane byłoby milczenie głównego bohatera, który lepiej sprawdzał się w roli niemowy.

 

Po widowiskowym już wstępie w którym Clarke i spółka przedzierała się przez kolejne hordy przeciwników niczym z Gears of War, trafiamy na mroźną planetę Tau Volantis. Od tego czasu pierwsze etapy gry bardzo spodobały mi się, a to ze względu na połączenie świetnych cech zarówno z jedynki jak i dwójki zwłaszcza sceny rozgrywające się w kosmosie w stanie nieważkości oraz gęstego i chłodnego klimatu sci-fi czy także walki o przetrwanie w klaustrofobicznych korytarzach. To nastroiło mnie do tego stopnia, że bałem się tego co może mnie spotkać w dalszym stadium gry. I nie myliłem się - trzecia odsłona przypomina założenia z dwójki, lecz z pierwowzorem nie ma za wiele wspólnego prócz ciasnych korytarzy i paru słabych zresztą ''straszaków''. Które prawdę mówiąc nie robią na mnie wrażenia i są w dodatku do przewidzenia. Im głębiej w las tym dostrzegam więcej wad. Z horroru robi się nietypowa strzelanka, z toporną wręcz mechaniką znaną z wcześniejszych odsłon serii. Niejednokrotnie sceny wspinaczki po lodowej skale wraz z oskryptowanymi momentami z udziałem QTE wywarły na mnie ogromne wrażenie. Szkoda, że dobrych elementów w czasie gry jest znacznie mniej niż tych negatywnych.

 

Czy jest to gra inna od poprzednich części? Odpowiedź brzmi i tak i nie. Gra nadal przypomina wszystkie odsłony z tego cyklu z tą różnicą, że teraz oferuję więcej akcji i strzelania. Oddawanie strzałów z futurystycznych spluw nie tylko do nekromorfów, ale także do ludzi nie było trafionym pomysłem. O ile walka z hordą milusińskich to standard o tyle już starcia z armią unitologów są drętwe i schematyczne. Wszystko opiera się na oddawaniu celnego strzału w głowę. Nie trzeba zatem przejmować się tym, że możemy zginąć, bo warto tutaj bezpardonowo biegnąć do przodu ile sił w nogach W każdym razie nie byłem szczególnie rozczarowany pójściem w stronę wartkiej akcji. Gra trochę przypomina krzyżówkę Lost Planet 3 i serię Gears of War, ale nadal mamy do czynienia z ociężałymi i topornymi ruchami głównego bohatera. Nie mogłem oprzeć się wrażeniu, że z czasem zbyt duży natłok nekromorfów bardziej bawi niż straszy, a już prędzej wprawia w irytację no, bo przecież wiemy, że każda odsłona Dead Space nie należy do łatwych produkcji. Nawet na poziomie normalnym grając w pojedynkę jest dosyć ciężko, a walka z udziałem tak licznej grupy stworów czy ludzi już tak nie cieszy jak wcześniej. Zabrakło w niej etapów w których to musimy uciec przed jednym z potworów, którego nie da się zabić. Jedynie co można to go spowolnić za pomocą kinezy, odcinając mu przy tym kończyny- zregeneruję się, ale za to da czas do ucieczki. Szkoda, że nie pokuszono się o więcej tak klimatycznych etapów, które podniosłyby mi w podobny sposób niesamowicie wysoko poziom adrenaliny do góry.

 

Czy mimo sporego psioczenia na tą grę są jeszcze rzeczy które przypadły mi do gustu? Oczywiście, że tak. Z takowych warto nadmienić system craftingu. Każdą teraz spluwę można w dowolny dla siebie sposób skonfigurować dzięki czemu mogłem stworzyć unikatową dla siebie futurystyczną broń. Połączenie pistoletu liniowego z karabinem energetycznym czy pulsacyjny karabin z wyrzutnią granatów - bardzo przyjemny w odbiorze smaczek. Do tego dochodzi system upgrade kombinezonu, podzielony na punkty życia, stazę i kinezę. Zresztą każdy nasz kombinezon można zmieniać w odpowiednich do tego punktach - jest ich kilka rodzai, a każdy kolejny odblokowany strój inżyniera w czasie gry jest mocniejszy od pozostałych.

 

Jednak największą nowością i równocześnie ogromną zaletą gry jest możliwość ukończenia kampanii wspólnie z kolegą, a nawet warto ją w taki sposób przejść. Zwłaszcza, że tytuł ten nie jest już klasycznym horrorem nastawionym na straszenie, a w znacznej mierze grą akcji TPP. Nic też nie stoi na przeszkodzie, aby samemu doświadczać klimatu zaszczucia, grozy i niepewności jaki jest z pewnością bardziej odczuwany w czasie grania w pojedynkę. Szczerze powiedziawszy w mojej opinii nie odczuwałem tego co doświadczyłem w pierwszym Dead Space, czyli tego niepokoju, że zaraz coś na mnie zza rogu wyskoczy, teraz już to w praktyce tak nie działa. Wspólne rozprawianie się z hordą niekromorfów, które potrafią skutecznie uprzykrzyć życie graczowi niemiłosiernie cieszy i po części przysłania wspomniane powyżej słabości trybu single playerowego.

 

Niezwykle ciężko mi ocenić nowego Dead Space, który usilnie próbuję pozostać survival horrorem. Natomiast w innym czasie dokręca śrubę nabierając dynamicznego rozpędu. Nadużyciem byłoby napisanie o nowym Dead Space, że jest to gra słaba, ponieważ bawiłem się przy niej miejscami świetnie, a nawet lepiej niż w singlu Crysisa 3. Jednak problem DS3 wynika, że jest to gra bardzo nierówna. Mało tego - mało interesująca warstwa fabularna obdarta z przytłaczającej atmosfery oraz klimatu zaszczucia, która poszła w stronę większej dynamiki na rzecz dużej widowiskowości pogarsza jej sytuację. Jeśli zatem szukacie prawdziwego horroru i przerażającej grozy tego po prostu tutaj nie uświadczycie. I to cały DS3- '' Przepiękna scenografia kosmosu i twardego klimatu sc-fi stłamszona brakiem ponurej atmosfery znanego z pierwowzoru''. To tytuł solidny, a przede wszystkim długi na kilkanaście wieczorów. Nie tego po niej oczekiwałem stąd taka a nie inna ocena.

 

Ocena gry 6/10

 

Plusy:

  •  Świetny klimat hard sci-fi;
  •  Wszechobecny oraz mocno rozwinięty system upgrade;
  •  Przepiękne i bardzo klimatyczne etapy rozgrywające się w kosmosie i na skutej lodem Tau Volantis;
  • Sugestywne udźwiękowienie oraz klimatyczna ścieżka dźwiękowa;
  •  Porządna kooperacja;
  • Pierwsze etapy gry;
  • Usprawniona mechanika walki;

Minusy:

  • Słabizna fabularna;
  • Nierówny poziom oprawy wizualnej;
  • Męczący backtracking;
  • Przewidywalne ''straszaki''
  • Beznadziejne walki z ludźmi;
  • Za dużo akcji za mało horroru;


Autor: Kamil Nakonieczny

 

Write a comment

Comments: 0

Kontakt:

GG 8767038

Email: kamil89pl@wp.pl

Moja specyfikacja PC:

CPU: Intel Core i7 7700K 4.5 Ghz

MOBO: MSI Z270 Krait Gaming

GPU: MSI GTX 1060 Gaming 6G

RAM: 16 GB RAM DDR4 3200 MHZ

PSU: Silentium PC L1 Vero 600W

OS: Windows 10 Home Premium